LIFESTYLE

SKĄD MAM PIENIĄDZE NA PODRÓŻE?

W jaki sposób można podróżować i zarabiać? Z jakimi dylematami borykają się podróżujący blogerzy? Skąd mam pieniądze na podróże? To bardzo osobisty wpis…

SKĄD MAM PIENIĄDZE NA PODRÓŻE?

Mam pieniądze na podróże, bo pracuję. Właściwie tym zdaniem mogłabym rozpocząć, a jednocześnie zakończyć ten tekst. Rok temu.

Mój blog istnieje od półtora roku. Założyłam go chcąc dzielić się swoimi doświadczeniami ze znajomymi i zamiast wciąż pisać elaboraty w prywatnych wiadomościach – przesyłać linki z esencją wszystkich zapytań, które mnożyły się z każdą moją podróżą. Jeszcze dwa lata temu, gdy dowiedziałam się co to WordPress, co się kryje pod dziwnym skrótem SEO, co to znaczy budować społeczność i dawać serce obcym ludziom, nie sądziłam, że blog da mi jakiekolwiek pieniądze.

Tworząc stronę traveLover nie byłam dziewczyną szukającą swojej zawodowej drogi albo pomysłu na życie. Gdyby chodziło o pieniądze, w ogóle nie musiałabym się bawić w blogowanie. Traktowałam (i wciąż traktuję) bloga, raczej jak moje portfolio, ślad w sieci i coś absolutnie mojego, nad czym nie stoi żaden wydawca, czy producent telewizyjny, co nie przechodzi przez redakcyjny filtr. Ale w pewnym momencie, gdy Fanpage się rozkręcił, a followersów na Instagramie przybywało, gdy dziesiątki odwiedzających codziennie bloga, zamieniły się w setki, zadziało się coś poważniejszego. Na moją skrzynkę zaczęły spływać maile od agencji i marek. Kilka agencji zrzeszających influencerów odezwało się również do mnie, przez co w ogóle dowiedziałam się o ich istnieniu. Zaczęłam jeździć na zjazdy blogerów, konferencje branżowe, co nie tylko nauczyło mnie poruszania się w blogosferze, rozmawiania z agencjami,  ale także pozwoliło mi poznać masę fantastycznych, pełnych pasji ludzi. Gdy się nad tym teraz zastanawiam, stwierdzam, że muszę dodać coś jeszcze. Spotkania uświadomiły mi również, że praca nad traveLover jest jak praca nad własną marką.

BLOGOWANIE TO ZAWÓD – AGENCJE, MARKI, KLIENCI

Dziś jedno trzeba przyznać. Blogowanie stało się zawodem. Tyle, że dla mnie niejedynym. Poza podróżniczym blogowaniem, wciąż pracuję w telewizji i mam stały dochód. Na szczęście. Agencje i marki, o których wspomniałam wyżej, piszą, ale spokojnie, w większości albo nie ma kontynuacji i współpraca nie dochodzi do skutku albo odmawiam. Czasami agencje proszą o wycenę i pomysły na współpracę, nigdy więcej nie odpisując. To normalka. Bywają dni, gdy dostaję dziesięć maili z propozycjami, a są tygodnie gdy przychodzi do mnie tylko spam albo powiadomienia o nowych komentarzach. Wracając do pytania w tytule: Skąd mam pieniądze na podróże? Głównie ze stałej pracy i trochę z bloga (choć nieregularnie, z wielkim rozstrzałem, jeśli chodzi o kwoty). Pierwsze sensowne propozycje pojawiły się u mnie po roku regularnego pisania.

Z KIM WSPÓŁPRACOWAĆ?

Wiarygodność i autentyczność stanowią dla mnie fundament mojej działalności i odbioru w oczach Was – czytelników. Ściema ma krótkie nogi. Dlatego najcenniejsze dla mnie są długofalowe współprace. Uważam, że warto współpracować z firmami, których produkty są po prostu zgodne z naszym stylem życia, pasują do bloga i które naprawdę lubimy. Odmówiłam np. lokowania na Instagramie lokówki albo środka na biegunkę, bo nijak się to ma do moich doświadczeń i filozofii. Ani nie miałam rewolucji żołądkowych w podróży (no może poza zatruciem mięsem z królika 15 lat temu w Maroku), ani nie układałam w życiu włosów dłużej, niż 5 minut.

Za to chętnie weszłam we współpracę z kosmetykami do opalania, których używam od lat i bez których nie wyjeżdżam w podróż, czy ze szkołą hiszpańskiego, bo daje mi to bezcenną korzyść, jaką jest nauka nowego języka obcego. Cieszyłam się również ze sponsorowanego wyjazdu na grecką wyspę Naksos, ponieważ nikt nie narzucił mi planu podróży i nie chciał tworzyć za mnie treści (na to nigdy się nie godzę, zawsze sama proponuję kontekst i przekaz). W Grecji miałam, a właściwie miałyśmy totalną dowolność. Dostałyśmy z Agnieszką z bloga podróżniczego Taste&Travel samochód do dyspozycji i spis ciekawych miejsc na mailu. Planując objazdówkę na Maderze, otrzymałam propozycję współpracy od moich ulubionych serków z dzieciństwa i stwierdziłam, że jako blogerka nie-kulinarna nigdy bym ich nie ulokowała w codziennym życiu, ale podczas pikniku nad oceanem, why not?

NAKSOS

DYLEMATY

Myślę, że najbardziej komfortowa sytuacja, to taka w której jestem teraz. Zarabiam na podróże dzięki pracy, a blogowanie jest dodatkowym zajęciem, dlatego mogę przebierać, wybierać i odmawiać klientom do woli. Natomiast wielokrotnie rozmawiałam ze znajomymi, którzy rzucili korpo, postawili wszystko na jedną blogową kartę i niestety mają dylematy: „odmówić współpracy, bo nie do końca to czuję, ale nie zapłacić czynszu”, czy jednak „wziąć to zlecenie i spać spokojnie”.

ZARABIANIE W PODRÓŻY:

Pisanie o podróżach jest na tyle wymagającym zajęciem, że poza tym, że absorbuje czas (co w tym przypadku jest przyjemnością!:) ) to także mocno zagarnia stan konta. Oczywiście podróże to nasza (blogerów podróżniczych) pasja i uzależnienie, natomiast ujmując temat stricte blogowo-biznesowo,  żeby stworzyć fajny content musimy gdzieś wyjechać. Mimo niskobudżetowych myków i oszczędzaniu na wszystkim co się da, jakąś kasę mieć trzeba, wiadomo. Nim napisałam ten tekst zapytałam znajomych miłośników podróży i blogerów, w jaki sposób zarabiali podczas wielomiesięcznych, dalekich wypraw. Odpowiedzi były następujące:

  • nauczanie języka angielskiego (jedna koleżanka uczyła w szkole w Tajlandii, w ramach kwalifikacji potrzebowała tylko dyplomu ukończenia jakichkolwiek studiów, a druga koleżanka – Hania, autorka bloga Plecak i Walizka, pracowała w wietnamskich przedszkolach na podstawie międzynarodowego certyfikatu angielskiego);
  • prowadzenie baru, praca w restauracji (np. w Kambodży);
  • robienie fotografii do portfolio hotelu, w zamian za nocleg i wyżywienie (para znajomych, która przez kilka miesięcy podróżowała po Ameryce Środkowej);
  • praca na farmie w Australii (koleżanka rzuciła z dnia na dzień wszystko i wyjechała do Azji i Australii);
  • pisanie tekstów prasowych z podróży;
  • zdalna praca w agencji reklamowej (kolega mieszkał na Filipinach, codziennie o godzinie 17:00 azjatyckiego czasu, odpalał komputer i pisał briefy dla klientów);
  • praca w centrum nurkowym w Indonezji jako instruktor.

TROCHĘ PORZĄDKU W TYM CHAOSIE

Ostatnio na jednym ze szkoleń Jason Hunt – ojciec polskiej blogosfery (niegdyś zwany Kominkiem), uporządkował cały ten blogowo-hajsowy chaos i zawarł wszystkie formy zarabiania blogerów w czterech następujących punktach:

  1. Wiedza (zarabianie poprzez dzielenie się swoją wiedzą i umiejętnościami, np. prowadzenie szkoleń, warsztatów, wykłady, ostatnio wiele blogerek organizuje spotkania fotograficzne);
  2. Reklama (lokowanie produktu, sponsorowane teksty, konkursy, eventy, testy produktów);
  3. Afiliacja (umowa partnerska, na podstawie której, bloger otrzymuje wynagrodzenie za każdego klienta, który skorzysta z danej usługi lub kupi produkt reklamodawcy. Z reguły służy temu link przekierowujący. Marka na bieżąco może śledzić, ile osób z naszego bloga przeszło na stronę reklamodawcy i zakupiło dany produkt.);
  4. Produkt (czyli sprzedaż własnych książek, ebooków, żywności, gadżetów, odzieży, ostatnio blogerki sprzedają swoje presety do obróbki zdjęć).

DOBRY BARTER NIE JEST ZŁY..

..to zdanie powtarzane jest jak mantra na wszystkich blogowych szkoleniach. I ja się z nim absolutnie zgadzam. Oczywiście niektórzy twierdzą, że barterowe współprace psują rynek. Tak jest w przypadku blogerek, które za jeden błyszczyk albo krem do twarzy o wartości 15 zł, piszą tekst na bloga, robią zdjęcie na Instagramie i jeszcze recenzję na Facebooku. Pomińmy tego typu przypadki i skupmy się na „dobrych barterach” i tym, co dla blogera podróżniczego jest dobrym barterem. Takich współprac nie podjęłam wiele, ale chcę powiedzieć Wam o tych naprawdę fajnych, związanych z moją podróżą na Galapagos:

1. Zostałam zaproszona przez agencję turystyczną na wycieczkę na wyspę Bartolome. Zazwyczaj rejsy jednodniowe (to jedyna opcja zwiedzana archipelagu) kosztują 100/130 dolarów, natomiast wycieczka ze wspomnianą agencją była warta 250 dolarów. Nigdy sama bym sobie nie pozwoliła na taką przygodę, bo logiczne, że w tej cenie mogłam zobaczyć dwie wyspy. Wyprawa na Bartolome oraz wejście na wulkan, okazały się petardą! Płynęliśmy na wyspę wysokiej klasy jachtem, na pokładzie gotował kucharz, towarzyszył nam świetny przewodnik, dostaliśmy profesjonalny sprzęt do snurkowania, a załoga była przezabawna. Tego dnia długo nie zapomnę. Zresztą, jeśli śledziliście relacje z Galapagos wiecie doskonale o czym mówię. 🙂 W tym przypadku barter stał się synonimem bezcennego doświadczenia.

WIDOK ZE SZCZYTU WULKANU NA WYSPIE BARTOLOME

 

2. Historia drugiego barteru wydarzyła się właściwie za moimi plecami. 🙂 Któregoś dnia wracając do hostelu, byłam świadkiem pewnej awantury. Zobaczyłam, że Marcus – recepcjonista, próbuje odpierać jakieś zarzuty i chamskie odzywki drugiego pana. Gdy oburzony Ekwadorczyk pokrzyczał i w końcu wyszedł z recepcji, zapytałam Marcusa co się stało. Okazało się, że narwany pan to sąsiad – organizator rejsów, który ma na Marcusa alergię, ponieważ ten jest gejem. Zaczęliśmy rozmawiać i w sumie przegadaliśmy pół wieczoru, o życiu, o pracy, o facetach, o podróżach, o blogu. Następnego dnia rano oznajmiono mi, że nie muszę płacić za pobyt za kolejne dni. Marcus podesłał bloga swojej koleżance – menedżerce, a tej, mimo, że nie ma na blogu słowa po angielsku, tak się spodobało, że postanowiła nie pobierać więcej opłat w zamian za rekomendację. Wiecie co było w tym wszystkim najlepsze, poza postawą Marcusa? Że ja i tak poleciłabym Wam ten hostel, bo jego czystość, klimat i lokalizacja spełnią oczekiwania każdego backpackera. 

CZY WARTO PISAĆ DO MAREK?

Zawsze mam poczucie, że wychodząc z taką inicjatywą, z góry jestem na gorszej pozycji. Wiem też, że wielu moich kolegów blogerów się z tym nie zgadza. Myślę, że dobrze zwrócić się do marek, gdy szukamy partnerów do konkretnego projektu, z cyklu: „na hulajnodze dookoła świata”. Wówczas prezentujemy konkretny pomysł i cel.

PRZEPIS NA SUKCES W ŚWIECIE BEZ REGUŁ

Już wiecie skąd mam pieniądze na podróże. Czy zarabianie na pasji to coś złego? Nie, jeśli robi się to w fajny i mądry sposób. Czy jeśli nie zarobię na blogu, to przestanę podróżować? Nie, będzie tak jak jest i tak jak było przed blogiem. Czy odniosłam sukces? Chyba nie. Czy jest na niego jakiś przepis? Pewnie powinnam napisać, jak w wielu poradnikach i na blogowych konferencjach: bądź konsekwentny, bądź systematyczny, bądź kreatywny. Tyle, że ja nadal nie rozumiem, jakie są i czy w ogóle w tym wirtualnym świecie są jakieś reguły. Dlaczego jedni odnoszą ogromny sukces i stają się wielkimi blogerami-markami, a inni przez lata piszą dla kilkuset osób, dopóki mają siłę, cierpliwość i wenę. Nie rozumiem, dlaczego jedno moje zdjęcie na Instagramie ma 600 lajków, a inne tylko 250, choć to drugie wydaje mi się ciekawsze. Nie jestem ekspertem, bo wciąż się uczę blogowania.

Pewne są tylko trzy rzeczy: po pierwsze staram się to robić najlepiej, jak potrafię, po drugie nie przestanę podróżować, po trzecie doba jest za krótka.

 

Nawet nie wiecie, jak jestem ciekawa Waszej opinii i Waszych doświadczeń! Ktoś z Was bloguje? Jeśli tak, to od jak dawna, czy współpracujecie z markami, na jakich zasadach? Podrzucajcie w komentarzach linki do swoich blogów, chętnie do Was wpadnę! 🙂

 

 

Enjoy! 🙂

 

 

 

 

Podobne